Między Nazaretem a Jerozolimą.

Wielkanocny poranek. 7:35 – umiera papież. Dwie godziny później odprawiam Mszę Świętą, jeszcze nieświadomy tej wieści. Dowiaduję się przy porannej kawie, w parafialnym refektarzu, gdy pada to jedno zdanie: „Papież nie żyje”. I nagle wszystko staje się inne. Wracam do domu i siadam do komputera, by napisać suchy komunikat na stronę zgromadzenia, za którą jestem odpowiedzialny. Ale w środku czułem, że to nie wystarczy. Że to, co chcę powiedzieć, musi jeszcze dojrzeć.

To był trzeci papież mojego życia – i trzeci, który jakoś głęboko mnie ukształtował. Wydaje mi się, że każdy z nich przyszedł do mojego świata z innym światłem. Jan Paweł II z impetem proroka, Benedykt XVI z ciszą myśliciela, Franciszek – z konkretem bliskości, jakiej doświadczasz dopiero, gdy ktoś naprawdę usiądzie obok ciebie.

Długi czas nie rozumiałem Franciszka. Część jego słów brzmiała jak z innego świata, albo jakby były zbyt proste, żeby unieść ciężar tajemnicy. Może to wynikało z mojego dystansu – zwłaszcza kiedy jeszcze pracowałem w Tanzanii. Choć byłem blisko ludzi, czułem się jakby daleko od „Jerozolimy” – centrum Kościoła. Ale kiedy przyjechał do Mozambiku, powiedział słowa, które mnie poruszyły: że bywa, iż oddalenie od Jerozolimy sprawia, że jesteśmy bliżej Nazaretu. Nazaretu – miejsca codzienności.

To zdanie otworzyło mi oczy. Zacząłem inaczej czytać jego gesty – jego pielgrzymki. W pamięci odtwarzam jego odwiedziny w slumsach Nairobi, gdzie stawał twarzą w twarz z ubogimi, nie jako filantrop, ale jak ktoś, kto mówi: „to wy tworzycie kulturę miłości”. Zobaczyłem w nim pasterza, który nie tylko mówi, że Bóg kocha, ale który kocha w Jego imieniu. A kiedy mówił o „świętych z sąsiedztwa”, rozpoznałem w tych słowach ludzi, których znałem – tych cichych, wiernych, walczących codziennie z własnym cierpieniem i słabościami. Zapamiętam, że tryumf Kościoła wojującego to tryumf tych świętych, którzy zło zwyciężają miłością, nie siłą.

Papież Franciszek rozpoczął swój pontyfikat w Roku Wiary. To, co Benedykt zapisał w „Porta Fidei” – że Kościół potrzebuje pokuty i odnowy, że wiara rodzi się z doświadczenia miłości, że musi być przeżywana i celebrowana w Eucharystii – Franciszek chyba urzeczywistniał. Benedykt pisał o potrzebie pogłębienia wiary i zrozumienia katechizmu – Franciszek przypominał, że wiara wymaga też cierpliwości i nadziei, szczególnie w czasach niepewności, które niesie kontekst dzisiejszego świata. Benedykt wzywał do odnowy przez miłość i prawdę – Franciszek wyciągał rękę do migranta, więźnia, chorego i ubogiego.

Na końcu swojej drogi Franciszek pozostawił nam podobny dokument – mapę na przyszłość. „Spes non confundit” – program jubileuszu, w trakcie którego zakończył ziemską wędrówkę. Jakby chciał powiedzieć: „Tu kończę, ale dalej idźcie już z tą nadzieją”. Tak jak Benedykt w „Porta Fidei” przekazał Franciszkowi ster w Roku Wiary, tak teraz Franciszek zostawia Kościołowi program – wyjść do świata z miłosierdziem i z nadzieją.

Piszę to, bo musiałem. Bo nie umiem inaczej wyrazić wdzięczności za ten pontyfikat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *